Możemy sobie wyobrażać jej motywy, ale nie mamy jej słów. Zachowały się tylko relacje świadków.
Jeden z ocalałych więźniów Theresienstadt, który widział Ottlę w tamtych dniach, opowiadał po wojnie: „Była bardzo spokojna. Nie płakała. Nie narzekała. Mówiła, że nie może zostawić tych dzieci samych. Ktoś musi im towarzyszyć”.
Jej córki miały wtedy 14 i 12 lat. Nie wiedziały, co robi matka. Ottla nie chciała ich martwić. Napisała do nich list – ostatni. Gdy go odczytały po wojnie, zrozumiały, dlaczego matka nie wróciła.
„Byłam z nimi w ostatniej drodze” – napisała. „Miały kogoś, kto trzymał je za rękę”.
Część V: Transport
18 października 1943 roku.
Pociąg odjechał z Theresienstadt do Auschwitz.
W wagonie było ciemno, zimno, ciasno. Dzieci – około 500 – siedziały na podłodze wśród własnych odchodów. Krzyczały. Płakały. Niektóre były ciche – zbyt wyczerpane, by płakać.
Ottla przechodziła między nimi. Siadała przy tych, które najbardziej cierpiały. Głaskała je po głowach. Mówiła coś łagodnym głosem.
Co mówiła? Może, że jadą do nowego domu. Może, że zobaczą swoich rodziców. Może, że wszystko będzie dobrze.
Kłamstwa. Ale dobre kłamstwa. Kłamstwa, które dawały choć chwilę spokoju.
Podróż trwała około 18 godzin. Dla tych dzieci – wieczność.
Część VI: Auschwitz
Gdy pociąg wjechał do Auschwitz-Birkenau, zapanował chaos. Krzyki esesmanów. Szczekanie psów. Ludzie wypychani z wagonów.
Selekcja.
Dr Mengele (choć nie wiemy, czy był tego dnia obecny) i inni esesmani patrzyli na przybywających. Większość dzieci z Białegostoku była tak wychudzona, tak wyraźnie chora, że nie miała szans. Palec w lewo – do komory gazowej.
Ottla stanęła w szeregu. Była dorosła, nie wyglądała na chorą. Mogła zostać skierowana do pracy. Ale coś – świadkowie mówią, że wyraźnie – trzymała się blisko dzieci.
Nie wiemy, czy próbowano ją odciągnąć. Prawdopodobnie nie. Esesmani nie bawili się w takie subtelności. Jeśli Żyd stał w grupie dzieci, traktowano go jak dziecko.
Ottla i wszystkie dzieci z transportu poszli do komory gazowej.
Komory gazowe w Auschwitz-Birkenau działały na cyklon B – trujący granulat, który po podgrzaniu uwalniał cyjanowodór. Śmierć następowała w ciągu 15-20 minut. Ofiary najpierw krzyczały, potem traciły przytomność.
Nie wiemy, czy Ottla trzymała dzieci za ręce również w środku. Prawdopodobnie tak.
Bo to była cała Ottla: nawet w momencie śmierci – zwłaszcza w momencie śmierci – nie opuszczała tych, którzy jej potrzebowali.
Epilog: Co zostało?
Josef David, mąż Ottli, przeżył wojnę z córkami. Mieszkał w Pradze, unikając deportacji. Po wojnie odnalazł list, który Ottla napisała przed podróżą. Przechowywał go przez całe życie.
Věra i Helena wyrosły na dorosłe kobiety. Wyszły za mąż. Miały dzieci. Żyły życiem, które matka oddała, by one mogły żyć.
Helena zmarła w 2000 roku. Věra w 2013. Obie do końca życia mówiły o matce z czułością i smutkiem. „Znałyśmy ją tak krótko” – mówiła Věra w jednym z wywiadów. „Ale pamiętamy jej ręce. Jej głos. To, że zawsze nas przytulała”.
Na placu w Pradze, niedaleko miejsca, gdzie stał dom rodzinny Kafka, znajduje się dziś niewielki pomnik. Tablica z napisem: „Ottla Davidová (Kafka) – 1892–1943. Wychowawczyni dzieci w Theresienstadt. Towarzyszyła im w ostatniej drodze do Auschwitz”.
Co roku 18 października ktoś przynosi kwiaty. Czasem są to kwiaty od dzieci – nieznajomych, którzy usłyszeli tę historię i chcą oddać hołd.
Franz Kafka napisał kiedyś: „Istnieje cel, ale nie ma drogi. To, co nazywamy drogą, jest wahaniem”.
Ottla nie wahała się. Miała cel: być przy tych dzieciach. Nie pytała o drogę. Po prostu poszła.
I choć droga prowadziła do Auschwitz – była to droga miłości.
Czy to nie jest największy paradoks? W miejscu, gdzie miłość była niemożliwa, gdzie system był zaprojektowany, by zabić każde ludzkie uczucie – jedna kobieta pokazała, że miłość istnieje.
Że nawet w komorze gazowej można trzymać kogoś za rękę.
Ottla Kafka nie ocaliła tych dzieci. Nie mogła. Ale sprawiła, że nie umarły same.
A czasem to wszystko, co można zrobić.
I to wystarczy.
KONIEC