Taksówka mknęła wieczornymi ulicami, ale Marina nie widziała ani migających witryn sklepowych, ani spieszących się przechodniów. Siedziała na tylnym siedzeniu, ściskając telefon i przewijając galerię zrzutów ekranu w kółko. Hałas miasta, trąbienie samochodów, stłumione fragmenty rozmów innych ludzi – wszystko to było jedynie szumem tła, stłumioną ścieżką dźwiękową rozpadającego się świata. Każda wiadomość, którą Vadim wysyłał do Leny, była jak cios w brzuch. Nie były złośliwe ani obraźliwe. Były gorsze. Były rzeczowe.
„Twierdza jest już prawie upadła. Stary już widzi, że poprowadzę nowy projekt. Najważniejsze, żeby nie odstraszyć aktywnych członków przed ślubem”.
„Aktywa” – powtórzyła Marina w myślach. To ona była tym aktywem. Nie kobieta, którą kochał, nie jego przyszła żona, ale cenny atut w jego portfelu.
„Jest trochę naiwna, wierzy w każde słowo. Kilka lat uprzejmych uśmiechów i rodzinnych obiadów to niewielka cena za fotel dyrektora. A Lena… Lena będzie musiała trochę poczekać. Nasz czas nadejdzie”.
Nie czuła w sobie bólu, jak się spodziewała. Zamiast tego, rozlała się w niej dziwna, zimna jasność, niczym znieczulenie. Nie był to żal po zdradzie, lecz obrzydzenie i odraza, jakby odkryła, że przez cały ten czas mieszkała w domu opanowanym przez robactwo. Nie czuła się zdradzona, lecz głupia. Niewiarygodnie, ogłuszająco głupia. I to uczucie nie wywołało łez, lecz lodowatą, skoncentrowaną wściekłość.
Dotarłszy na swoje piętro, weszła do mieszkania, które rano wydawało jej się gniazdem, ale teraz przypominało miejsce zbrodni. W powietrzu unosił się delikatny zapach jego perfum. Jego kurtka wisiała na wieszaku w korytarzu, a obok stały wypolerowane buty. Wszystkie te szczegóły, które kiedyś budziły sympatię, teraz wyglądały jak dowody pozostawione przez oszusta.
Nie wahała się. Poszła do szafy, wyjęła z strychu dwie duże walizki i położyła je na podłodze pośrodku sypialni. Odgłos otwieranych zamków brzmiał jak strzały z pistoletu w cichym pokoju. Zaczęła metodycznie, bez jednego zbędnego ruchu, wyjmując jego rzeczy z szafy. Drogie garnitury, które razem z nim wybrała. Koszule, które prasowała rano. Nie rozdarła ich ani nie rzuciła na podłogę. Starannie składała je do walizki, rzecz po rzeczy. Nie była wściekłą kobietą rzucającą napad złości; była audytorem zamykającym nierentowny, oszukańczy projekt.
Jego szczoteczka do zębów, maszynka do golenia i butelka drogiej wody kolońskiej wyleciały z łazienki do walizki. Rzuciła je niedbale na stertę koszulek. Na biurku zobaczyła jego laptopa, pamiętnik i stos papierów. Metodycznie włożyła je wszystkie do drugiej walizki. Każdy przedmiot, którego dotknęła, wydawał się obcy, brudny.
Jej wzrok padł na drzwi szafy, za którymi wisiała. Suknia ślubna. Śnieżnobiała, z najdelikatniejszej koronki, kupiona za wygórowaną cenę. Marzenie. Symbol jej nieudanej, „bajkowej” przyszłości. Zamarła na sekundę, po czym podeszła, otworzyła drzwi i spojrzała na nią. Suknia wisiała w gablocie niczym piękny, lecz martwy eksponat. Nie czuła niczego. Żadnego żalu, żadnej melancholii. Po prostu zobaczyła kosztowną rzecz, kostium do roli, której nigdy nie zagra. Cicho zamknęła drzwi.
Kiedy skończyła, zapięła obie walizki i z trudem wyciągnęła je na korytarz, stawiając tuż przy drzwiach wejściowych. Pokoje od razu wydały się bardziej przestronne, powietrze czystsze. Rozejrzała się. Mieszkanie znów należało do niej. Tylko do niej.
Marina weszła do salonu i usiadła na krześle z widokiem na drzwi wejściowe. Nie miała zamiaru wychodzić. Zaczekała. Jej telefon z otwartymi zrzutami ekranu leżał na stoliku kawowym obok. Scena była gotowa. Pozostało tylko czekać na odtwórcę głównej roli.
Kliknięcie zamka w korytarzu rozbrzmiało ogłuszająco głośno w cichym mieszkaniu. Marina nawet nie drgnęła. Siedziała na krześle, wyprostowana jak struna, a jej spokój nie był naturalny, lecz nabyty, wypracowany w ciągu ostatnich kilku godzin. Był to spokój chirurga przed skomplikowaną operacją, bez miejsca na błąd czy zbędne emocje. Słyszała, jak odkłada klucze na półkę, szelest toreb z zakupami. Wszystko jak zwykle. Rytuał powrotu do domu.
„Kochanie, wróciłem! Wziąłem twoje ulubione syrniki na śniadanie” – jego głos, radosny i pełen miłości, dobiegł z korytarza.
Pojawił się w drzwiach salonu z bukietem czerwonych róż – jej ulubionych. Uśmiech, wyćwiczony do perfekcji, przeznaczony do roztopienia każdego serca, zaigrał na jego twarzy. Ale jego wzrok, pełen oczekiwania na przyjemny wieczór, natychmiast powędrował ku dwóm dużym walizkom stojącym pod ścianą. Uśmiech nie zgasł; zamarł, zmieniając się w niestosowny, wymuszony grymas.
„Co to jest?” Rozejrzał się po pokoju ze zdumieniem. „Idziemy gdzieś? Planujesz jakąś niespodziankę?”
Starał się mówić lekko, obrócić niezręczną sytuację w żart, ale w jego głosie już pobrzmiewały pierwsze nuty niepokoju. Spojrzał na Marinę, oczekując wyjaśnień, i dopiero teraz, jak się zdawało, naprawdę ją dostrzegł. Nie zerwała się na powitanie ani nie rzuciła się, by go uściskać. Po prostu siedziała i patrzyła na niego. Jej wzrok był spokojny, badawczy i absolutnie zimny, jak szkło w zimowy dzień.
„Marin, co się dzieje?” Wszedł do pokoju, zostawiając bukiet na nocnej szafce w korytarzu. Róże, symbol jego fałszywej miłości, stały przed drzwiami.
Nie powiedziała ani słowa. Po prostu powoli, z przesadnym spokojem, uniosła rękę i wskazała na stolik kawowy, gdzie leżał jej telefon, z ekranem w górze. To był jedyny gest, który przerwał jej bezruch. Zaproszenie do egzekucji.
Vadim zmarszczył brwi, podszedł do stołu i sięgnął po telefon. Wpatrywał się w ekran przez kilka sekund, a Marina z obojętną ciekawością obserwowała, jak zmienia się jego twarz. Najpierw oszołomienie ustąpiło miejsca rozpoznaniu, a potem słabo skrywanemu strachowi. Maska idealnego pana młodego pękła i zaczęła się kruszyć, odsłaniając jego prawdziwe oblicze – twarz wyrachowanego hazardzisty przyłapanego na gorącym uczynku. Rumieniec powoli bladł z jego policzków, pozostawiając blade, nieestetyczne plamy.
„Co… co to za bzdura?” W końcu spojrzał na nią. Nie było w nim już miłości ani czułości. Tylko zmieszanie i gniew. „Skąd to masz?”
„Czy to ma znaczenie?” Jej głos był cichy, ale to tylko podkreślało wagę sprawy.
„Oczywiście, że tak! Marina, to jakaś ustawka! Tani Photoshop, nie widzisz? Ktoś chce nas rozdzielić tuż przed ślubem! Pewnie jakaś twoja zazdrosna przyjaciółka!”
Mówił szybko, z przerwami, chwytając się najbardziej oczywistej i najsłabszej linii obrony. Próbował zmienić punkt ciężkości, zrobić z nich oboje ofiary czyjegoś spisku. Ale jego wzrok błądził, unikając jej bezpośredniego spojrzenia.