„To nie twój dom, tylko nasz!” – krzyknął mój mąż, domagając się spadku po moich rodzicach. Odpowiedziałam: „Wynoś się z mojego mieszkania!”

Olga spojrzała na niego uważnie, jak lekarz na pacjenta opowiadającego bzdury.

– Dim, czy rozumiesz, że żądasz ode mnie, abym oddał jedyne, co mi zostało po rodzicach?

„Nie dramatyzuj. Nie zamierzam ci niczego odbierać. Po prostu będzie sprawiedliwie. Wszystko jest wspólne”.

„Wspólny?” Wstała i podeszła do okna. „Powiedzmy, że wspólny. Przepiszesz mi swój samochód?”

— Samochód to nic. Ale mieszkanie to poważna sprawa.

Olga się odwróciła.

– No tak. Więc twoje to „bzdura”, a moje to „poważne”. Wygodna logika.

Dmitrij uderzył dłonią w stół, kubek zadrżał, a kawa się wylała.

„Zawsze taki jesteś! Jesteś uparty jak osioł. Staram się dla nas, jak mogę, a ty…”

„Dla nas?” Olga zmrużyła oczy. „Czy dla twojego dobra?”

Pauza się przeciągała. Odwrócił wzrok i zaczął nerwowo przewijać ekran telefonu.

„Po prostu zrozum, ludzie będą mnie szanować, kiedy też będę miał mieszkanie. Nie będą patrzeć na mnie jak na bezdomnego”.

„Nie obchodzi mnie, jak ktoś na ciebie patrzy” – warknęła Olga. „To nie powód, żeby mnie szantażować”.

Podniósł głowę.

– Jeśli tego nie napiszesz, złożę pozew o rozwód.

Zapadła cisza. Nawet lodówka w kącie zdawała się ucichnąć.

Olga usiadła z powrotem i spojrzała na męża, jakby był kimś obcym.

„Czy teraz próbujesz mnie straszyć tym rozwodem?” Jej głos drżał, ale oczy były stanowcze.

„Nie próbuję cię przestraszyć. Po prostu mam dość życia jak nikt inny.”

Powoli skinęła głową.

— No więc, umowa jest taka. Nie oddam tego mieszkania. Nikomu. Ani tobie, ani twojej mamie, jeśli kiedykolwiek o tym marzy. To moja forteca. Jeśli chcesz tam mieszkać, mieszkaj tam. Jeśli nie, znam drzwi.

Dmitrij gwałtownie wstał, krzesło zaskrzypiało.

– Czyli wybierasz mury, a nie rodzinę?

„Nie” – powiedziała Olga chłodno. „Wybieram siebie. Bo jeśli się poddam, mnie już nie będzie”.

Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale zatrzasnął je z hukiem. Zatrzasnął drzwi szafy, chwycił kurtkę i wybiegł na korytarz.

Sekundę później zatrzasnęły się drzwi wejściowe.

Olga została sama. W mieszkaniu unosił się zapach kawy i smażonej cebuli zmieszany z goryczą. Siedziała wpatrzona w talerz z niedojedzonymi jajkami i zdała sobie sprawę: to już koniec. Padł pierwszy strzał.

Następnego dnia Olga obudziła się w dziwnej ciszy. Mieszkanie było puste – ani dźwięku, ani zapachu tytoniu, który Dimka zazwyczaj palił rano w łazience. Jego kurtka zniknęła z wieszaka, a trampki zniknęły z półki.

Powoli weszła do sypialni. Szafa była pusta: dżinsy, koszule i dresy zniknęły. Jego krawat z firmowej imprezy leżał smętnie na górnej półce.

„Co za drań…” – szepnęła Olga.

Mój telefon migał nieprzeczytanymi wiadomościami. Jedna od Dimy: „Jestem u mamy. Pomyśl. Albo podzielimy się wszystkim sprawiedliwie, albo idę do urzędu stanu cywilnego”.

Olga zaśmiała się.