„No i moja żona też” – zgodził się Roman. „Łączysz jedno i drugie, że tak powiem”.
W tym momencie Walentyna Siergiejewna stanęła po stronie syna.
„Leroczka, czemu jesteś taka skąpa? Przecież nadal zarabiasz. Przecież jesteśmy rodziną. Czyż nie po to są rodziny – żeby się dzielić?”
„To dziwne” – Lera upiła łyk kawy i spojrzała na teściową zmrużonymi oczami. „Z jakiegoś powodu tylko ja się dzielę, a wszyscy inni po prostu biorą”.
W pokoju zapadła cisza. Nawet owsianka przestała bulgotać.
„Znowu zaczynasz?” Walentyna Siergiejewna zmarszczyła brwi. „Nie podoba mi się ta twoja chciwość”.
„To nie chciwość, to podstawowa sprawiedliwość” – odpowiedziała Lera. „Nie jestem bankomatem”.
„No to zaczynamy” – westchnął Roman. „Dopiero ranek, a ty już narzekasz. Zdajesz sobie sprawę, że to wszystko tylko nerwy? Musisz traktować życie poważniej”.
„Łatwiej?” Lera poczuła narastający gniew. „Siedzisz w domu od dwóch lat, „uspokajając się”. Twoja mama wydaje pieniądze z mojej pensji, nawet pomaga swoim krewnym, a ja mam za wszystko płacić i siedzieć cicho?”
„Przesadzasz” – powiedział spokojnie Roman, ponownie podnosząc słuchawkę. „Wszystko da się rozwiązać”.
„Oczywiście, że da się to rozwiązać” – skinęła głową Lera. „Ale to zawsze ja muszę podjąć decyzję”.
Nagle odstawiła kubek do zlewu. W tej małej kuchni zabrzmiało to jak strzał z pistoletu.
„Leroczka” – powiedziała pojednawczo teściowa. „Jesteśmy rodziną. Czasy są teraz ciężkie, ale wszystko się poprawi”.
„Kiedy?” Lera podniosła wzrok. „Kiedy skończę sześćdziesiąt lat i zacznę pracować, żeby przejść na emeryturę, żebyś mogła zostać w domu?”
Nikt nie odpowiedział.
Lera westchnęła. Przez głowę przemknęła jej myśl: „Może to moja wina? Pozwoliłam im się przyzwyczaić. Na początku myślałam sobie: no cóż, pomogę, potem coraz bardziej… A teraz karmię dwoje leniwych dorosłych, a oni myślą, że to normalne”.
Telefon zapiszczał – przypomnienie o spłacie kredytu hipotecznego. Lera spojrzała na niego i poczuła ucisk w żołądku.
„A tak przy okazji” – wspominała – „kto wczoraj pobrał pięćdziesiąt tysięcy z mojej karty?”
Roman uniósł brwi ze zdziwienia.
„Ja nie, nie mam dostępu” – powiedział.
Walentyna Siergiejewna chrząknęła i spuściła wzrok na talerz.
„Mamo?” Głos Lery brzmiał chłodno.
„No i widzisz… moja siostrzenica ma problemy. Ma długi. A my jesteśmy rodziną, musimy jej pomóc”.
„Jaka siostrzenica?” Lera z trudem stłumiła krzyk. „Sama mam kredyt hipoteczny, rachunki i wydatki. Nawet mnie nie zapytałeś!”
„Leroczko” – powiedziała teściowa cicho, niemal czule – „nie rozumiesz, to tymczasowe. Oddamy ci to później”.
„Ty? Oddasz mi to?” Lera wybuchnęła śmiechem, a w jej oczach omal nie pojawiły się łzy. „Oboje? Jedno żyje z zakładów, drugie z cudzych problemów. A ty mi to oddasz?”
„Zdenerwowałeś się” – powiedział cicho Roman, kręcąc głową. „Kiedyś byłeś inny”.
„Nie, Rom, ja byłem taki sam. Po prostu wcześniej milczałem.”
Spojrzała na nich oboje i nagle zrozumiała: nadszedł czas, żeby coś zmienić.
„Dosyć tego, karmnik zamknięty” – powiedziała Lera, wyciągając kartę z torebki. „Dzisiaj blokuję wszystkie karty i przelewam pieniądze na konto depozytowe. Od teraz każdy mieszka sam”.
Roman otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale nie mógł. Walentyna Siergiejewna uniosła ręce.