Koniec karmnika. Lera zamyka karty i stawia granicę

Lera obudziła się nie z powodu budzika, ale dlatego, że w pokoju było duszno, jak w autobusie w godzinach szczytu, gdzie kierowca zapomniał włączyć klimatyzację, a pasażerowie są przekonani, że świeże powietrze szkodzi zdrowiu. Instynktownie zerknęła na sufit – pająk siedzący w kącie wydawał się jedyną żywą istotą, która nie narzekała na upał.

„A może on też cierpi, tylko po cichu. W przeciwieństwie do moich krewnych” – pomyślała ponuro Lera i przewróciła się na drugi bok.

W kuchni już rozbrzmiewał brzęk naczyń. To oznaczało, że Walentyna Siergiejewna już wstała. Lera dobrze znała ten zwyczaj: jej teściowa wstawała o siódmej rano i zaczynała hałasować, jakby rywalizowała z dostawcami mediów.

„Leroczka, wstawaj, już wpół do ósmej!” – dobiegł z kuchni radosny, niemal szyderczy głos. „Tylko ty tu pracujesz, nie prześpij się!”

„Dzięki, że mi przypomniałaś” – mruknęła Lera, wstając. „Jakbym nie wiedziała bez ciebie”.

Jej mąż, Roman, spotkał ją na korytarzu. Siedział w bieliźnie, pochłonięty telefonem i coś przeglądał. Wyglądał tak poważnie, jakby decydował o losie kraju. W rzeczywistości, jak wiedziała Lera, decydował, którzy piłkarze „pójdą dziś do sztabu”.

„Rom, powinieneś się chociaż ubrać” – powiedziała Lera, przechodząc obok.

„Po co to wszystko?” – wzruszył ramionami mój mąż, nie odrywając wzroku od ekranu. „Jestem w domu. Ma swój klimat”.

„Aha. Atmosfera jak z łapki na muchy” – Lera nie mogła się powstrzymać.

Roman nie zareagował. Najwyraźniej jego myśli były całkowicie pochłonięte szansami Spartaka.

W kuchni Lerę powitał zapach przypalonej owsianki. Walentyna Siergiejewna, ubrana w szlafrok, stała przy kuchence i mieszała coś w rondlu.

„Zrobiłam ci owsiankę” – powiedziała, jakby dokonała bohaterskiego czynu. „Żebyś miał siłę. W końcu dom zależy od ciebie”.

„Dziękuję, oczywiście” – odpowiedziała Lera, nalewając sobie kawy – „ale zazwyczaj na śniadanie jem jogurt”.

„To bzdura, nie jedzenie!” – zaprotestowała teściowa. „Owsianka to podstawa. Nic dziwnego, że karmię nią dzieci w szkole całe życie”.

Lera upiła łyk kawy i powstrzymała się od sarkastycznej riposty. „Tak, Walentino Siergiejewno, pewnie dlatego twoje dzieci biegły do ​​stołówki po bułki na przerwie. Owsianka to owsianka, ale każdy potrzebuje porządnego jedzenia”.

„Mamo, możesz wpłacić pieniądze na mój telefon?” – krzyknął Roman z pokoju. „Mam ujemne saldo”.

Lera prawie się udławiła.

„Rom, jesteś dorosłym mężczyzną. Masz czterdzieści dwa lata. Masz dwie ręce i, nawiasem mówiąc, nawet dyplom inżyniera. Naprawdę tak trudno samemu doładować konto?”

Roman pojawił się w drzwiach kuchni, drapiąc się po brzuchu.

„Tak, chętnie, ale moja karta jest pusta. A ty jesteś naszym dyrektorem finansowym, więc jest ci łatwiej”.

„Dyrektor finansowy?” Lera uśmiechnęła się gorzko. „A ja myślałam, że jestem jego żoną”.