Stałam na tej działce jakieś dwadzieścia minut, patrząc na szczegóły, które nie pasowały do mojego męża. Wiktor jest fachowcem od hydrauliki, ale nigdy nie był estetą. Nigdy nie kupił kwiatów, nigdy nie powiesił obrazka, nigdy nie wybrał koloru ścian. “Niech będzie jak jest” – to była jego filozofia domowa. A tu ktoś dobrał poduszki do koloru altany.
Wróciłam do domu. Nic nie powiedziałam. Ale przestałam spać.
Przez dwa tygodnie żyłam jak zwykle – chodziłam do pracy, robiłam zakupy, gotowałam obiady. W środku miałam jednak coś, co najlepiej opiszę jako ciągłe szumienie w głowie. Nie złość. Nie rozpacz. Takie ciche, równe, nieustanne szumienie – jakby ktoś zostawił radio między stacjami i nie szło go wyłączyć.
Przeszukałam telefon Wiktora. Nic. Sprawdziłam wyciągi z konta – normalne kwoty, żadnych podejrzanych przelewów. Pogadałam z Marysią, sąsiadką, która znała połowę osiedla – “Wiktor? Taki spokojny człowiek, nie?” – nic. Żadnych plotek, żadnych sygnałów. Przez trzydzieści dwa lata nikt nigdy nie powiedział mi o Wiktorze złego słowa.
W pierwszym tygodniu kwietnia Wiktor wrócił na działkę. Kolano już pozwalało prowadzić. W piątek po południu spakował torbę, wziął termos i pojechał.
A w sobotę rano pojechałam za nim.
Zaparkowałam dwie uliczki dalej i poszłam pieszo. Furtka do ogródków działkowych była otwarta, bo sezon się zaczynał i ludzie wozili nawóz i sadzonki. Szłam alejką między działkami – gdzieś grał radioodbiornik, ktoś palił ognisko, pies szczekał za siatką.
Zobaczyłam ich od strony żywopłotu. Wiktor siedział na tej ławeczce z poduszką w paski, a obok niego siedziała kobieta – niewysoka, drobna, z krótkimi siwymi włosami. Pili kawę z termosów. Wiktor coś mówił, a ona się śmiała. Potem pochylił się i poprawił jej kołnierz od kurtki. Taki gest – codzienny, bezwiedny, pełen rutynowej czułości. Tak poprawia się kołnierz komuś, czyj kołnierz poprawia się od lat.
Nie podeszłam. Zawróciłam. W samochodzie siedziałam może z piętnaście minut, zanim odpaliłam silnik. Nie płakałam. Myślałam.
Kiedy Wiktor wrócił w niedzielę, siedziałam w kuchni. Na ekranie mojego telefonu, opartego o cukiernicę, było zdjęcie zielonych kaloszy w białe kropki. Rozmiar trzydzieści siedem.
Wiktor postawił torbę na podłodze. Spojrzał na telefon. Spojrzał na mnie. I wtedy zobaczyłam na jego twarzy coś, czego nie widziałam od lat – strach. Nie złość, nie wstyd. Strach, że to, co zbudował, właśnie się kończy.
“To jest Krysia” – powiedział cicho. “Krysia Jankowska, z sąsiedniej działki. Jej mąż umarł sześć lat temu. Jest sama.”
Poczekałam.