„Przychodzi w południe” – powiedział Graham. „Nakryjesz do stołu i przeprosisz”. Wpatrywałam się w niego. „Za co?”. „Za brak szacunku. Za traktowanie jej jak naciągaczkę”. Odrzuciłam prześcieradło i wstałam. „Jeśli nie chce być tak traktowana, niech przestanie prosić o pieniądze, których nigdy nie zamierza oddać”. Jego wyraz twarzy pociemniał. Zrobił krok bliżej, wystarczająco blisko, bym mogła poczuć wystygłą kawę i wczorajszy alkohol. „Nie rozmawia się tak z moją rodziną w moim domu”. Spotkałam jego wzrok. „To nasz dom. I płacę połowę czynszu”. Wtedy mnie popchnął. Nie dość mocno, by mnie powalić. Ale wystarczająco mocno, by komoda uderzyła mnie w tył nóg. Wystarczająco mocno, by zmienić wszystko.
W pokoju zaległa cisza. Oboje zamarliśmy. W jego oczach nie było przeprosin – tylko kalkulacja. Wiedział dokładnie, co zrobił. I wiedział, że nie da się tego odwrócić urokiem osobistym ani wymówkami. Wyprostował koszulę, jakby to mogło wymazać to, co się stało. „W południe” – powiedział cicho – „naprawisz to”. Potem wyszedł. Stałam tam, oddychając powoli, jedną ręką ściskając komodę. Potem sięgnęłam po telefon. I po raz pierwszy wezwałam pomoc.