Kirył w milczeniu wstał. Odsunął krzesło, które zgrzytnęło lekko o linoleum, i ruszył w stronę wyjścia. Nie spojrzał na nią. Po prostu szedł, czując na plecach jej miażdżące spojrzenie i słuchając syczących przekleństw, które opisywały jego żonę już nie jako rozrzutną, ale jako czarownicę, która zaczarowała swojego nieszczęsnego syna. Drzwi zamknęły się za nim z cichym kliknięciem. Nie trzasnął nimi. Nie było sensu tego dłużej robić.
Powietrze w mieszkaniu jego i Aliny było inne. Wypełniało je światło i przestrzeń, zapach świeżo parzonej kawy i subtelny aromat jej perfum. Nie było staromodnych kredensów ani cerat z stokrotkami. Tylko czyste linie, lekkie meble i duże okna, przez które wpadało wieczorne miasto. Ich mieszkanie było ich projektem, ich wspólną przestrzenią, zbudowaną na zasadach partnerstwa i wzajemnego szacunku. Minimalizm nie był odzwierciedleniem dobrego życia, ale wyższego celu, który ich czekał.
Kirill siedział na kanapie, mechanicznie przełączając kanały. Telewizor milczał, migoczące obrazy stanowiły jedynie tło dla jego myśli. Kłótnia z matką pozostawiła w nim wypaloną, pustą plamę. Alina usiadła obok niego, kładąc swoją dłoń na jego dłoni. O nic nie pytała. Już wszystko zrozumiała z jego twarzy, kiedy wszedł.
„Znowu to samo?” zapytała cicho.
„Tak” – skinął głową. „Standardowy pakiet. Emerytura, ceny, bolące stawy. A na koniec: sto tysięcy na zęby i płaszcz”.
— A kredyt hipoteczny? Mówiłeś?
— Powiedziałem to. Potem zaczął się główny koncert, od oskarżeń pod twoim adresem. Buty, manicure, cała lista.
Alina westchnęła, ale w jej oczach nie było ani urazy, ani gniewu. Tylko zrozumienie i to samo tępe znużenie, które on czuł.
„Wiesz, czasami myślę, że nie chodzi o pieniądze. Ona po prostu chce, żebyś był jej. Całkowicie. A ja nie pasuję do tego schematu”.
W tym momencie ciszę ich wieczoru przerwał ostry, natarczywy dźwięk dzwonka do drzwi. Nie melodyjny trel, który sami sobie nastawili, lecz przenikliwy brzęczyk, zaprojektowany tak, by być słyszalnym z całą pewnością. Wymienili spojrzenia. Nie spodziewali się nikogo. Kirył wstał i podszedł do drzwi, zastanawiając się już, kto mógł tak dzwonić. Zerknął przez wizjer i jego najgorsze obawy się potwierdziły. Ludmiła Pawłowna stała na podeście, zaciskając usta i wpatrując się prosto w obiektyw aparatu.
Otworzył drzwi. Nie czekała na zaproszenie. Odepchnęła go ramieniem i weszła do mieszkania nie jak gość, ale jak inspektor przybywający na niespodziewaną inspekcję. Jej wzrok natychmiast utkwił w Alinie, która wstała z sofy. Wydawała się nieświadoma obecności Kiryła.
„Dobry wieczór, Alinoczko” – powiedziała z tak jadowitą słodyczą, że jej głos mógłby zwiędnąć kwiatom. „Postanowiłam wpaść i zobaczyć, jak ci idzie. Martwię się o mojego syna. Ciężko pracuje, a ty widzę, że niczego sobie nie odmawiasz”.
Nie czekając na odpowiedź, rozpoczęła inspekcję. Niczego nie dotykała, ale jej wzrok był namacalny. Przesunął się po nowym laptopie na stoliku kawowym, zatrzymał na dużym ekspresie do kawy w kuchni i osądził imponujący stos książek na półce. W jej oczach każdy przedmiot stawał się dowodem przeciwko Alinie.
„Jaki masz drogi ekspres do kawy” – mruknęła, najwyraźniej zwracając się do Aliny, ale patrząc na Kiryła. „Kirill, pewnie dostałeś niezłą premię? I nadal kupujesz książki? Jesteś taki mądry. Ale to cię wcale nie uczyni mądrzejszym”.
Alina zrobiła krok naprzód. Nie miała zamiaru być milczącą ofiarą. Jej spokój był jej tarczą i bronią.
„Witaj, Ludmiło Pawłowno. Twoi krewni, ciocia Wala i wujek Kola, podarowali nam ekspres do kawy na ślub. Chyba wspominałaś wtedy, jaki to był wspaniały prezent. A laptop jest służbowy; firma dała mi go do zdalnego dostępu”.
Każda z jej odpowiedzi, jasna i rzeczowa, zwalała teściową z nóg. Ludmiła Pawłowna nie spodziewała się takiej riposty. Przyzwyczaiła się do tego, że jej jadowite insynuacje albo zmuszały ludzi do usprawiedliwiania się, albo prowokowały agresywną reakcję. Spokojne przedstawienie faktów wytrąciło jej broń z rąk.