— Nareszcie! Już trzy razy podgrzewałam paszteciki, ale stygną. Wejdź, umyj ręce, a naleję ci herbaty.
Kirył przekroczył próg mieszkania matki i natychmiast ogarnął go gęsty, znajomy zapach z dzieciństwa. Był to złożony bukiet, mieszający aromaty czystości, suszonych ziół zwisających w kępkach przy oknie i czegoś nieuchwytnie leczniczego, jakby samo powietrze było przesiąknięte nalewką z waleriany. Ludmiła Pawłowna, niska, szczupła kobieta o bystrym, badawczym spojrzeniu, krzątała się już po kuchni, poruszając się z wprawą, która przeczyła jej ciągłym narzekaniom na bóle stawów.
Wszedł do maleńkiej kuchni, gdzie na stole, przykryty ceratą i opatulony w zwiędłe stokrotki, stała jego ulubiona filiżanka ze spodkiem i dwoma chrupiącymi pasztecikami. Wszystko w tym mieszkaniu podporządkowane było jednemu, surowemu porządkowi – porządkowi ostentacyjnej, a zarazem nienagannej skromności. Idealnie wyprasowana pościel piętrzyła się wysoko w przeszklonej kredensie, lśniąca, czysta podłoga była wolna od kurzu, a kilka naczyń lśniło na ociekaczu. To było idealne tło, scena, na której od lat wystawiano tę samą sztukę.
„Może jesteś zmęczony?” zapytała, podsuwając mu kubek. „Ta praca naprawdę cię wyczerpała. Schudłeś i zbladłeś. Nie karmi cię?”
Kirył upił łyk gorącej, mocnej herbaty i nic nie powiedział. To była uwertura, obowiązkowy element programu, po której zawsze następowała główna aria. Ułamał kawałek pasztecika z kapustą. Pasztecik, jak zawsze, był pyszny. Ludmiła Pawłowna nie mogła temu zaprzeczyć – była znakomitą kucharką.
Usiadła naprzeciwko niego, opierając chudy podbródek na pięści, i zaczęła go badać. Nie z macierzyńską czułością, lecz ze skrupulatnością biegłego rzeczoznawcy, szacując, ile jeszcze można wycisnąć z tego majątku.
„Widziałeś ceny? Serce mi pęka, gdy idę do sklepu. Przynieśli mi emeryturę, a ja nawet tego nie zauważyłem. Zapłaciłem czynsz, kupiłem lekarstwa i tyle, muszę robić, co chcę, do przyszłego miesiąca. I nadal musisz się ubierać, nie możesz chodzić w łachmanach. Ludzie patrzą i mówią: »Spójrz na jej syna, jest taki przystojny, ma dobrą pracę, ale jego matka nosi ten sam płaszcz od dziesięciu lat«. To hańba, Kiryusha”.
Kontynuował żucie w milczeniu. Każde wypowiedziane przez nią słowo było częścią dawno wyuczonej partytury. Każda skarga była starannie wykalibrowaną nutą, mającą wywołać w nim precyzyjnie określone emocje: poczucie winy, litość i, w konsekwencji, chęć natychmiastowego naprawienia sytuacji pieniędzmi. Czekał. Wiedział, że wkrótce zostanie ogłoszona dokładna kwota.
„Synu” – jej głos nabrał szczególnie żałosnego, błagalnego tonu – „daj mi sto tysięcy, dobrze? Jest naprawdę ciężko. Mogłabym chociaż wyhodować nowe zęby, bo w ogóle nie mogę jeść, i znaleźć zimowy płaszcz. Dasz radę, wiem. To dla ciebie nie są aż takie pieniądze”.
Kirill dopił herbatę, ostrożnie odstawił filiżankę na spodek i spojrzał matce prosto w oczy.
– Mamo, nie mogę.
Powiedział to spokojnie, bez irytacji, jakby stwierdzał oczywisty fakt.
Aliną i ja oszczędzamy na wkład własny. Liczy się każdy grosz. Chcemy do końca roku mieć wystarczająco dużo pieniędzy, żeby spłacić kredyt hipoteczny. Wiesz, jak to jest mieszkać w wynajętym mieszkaniu.
Wspomnienie o synowej i ich wspólnym celu było impulsem, który wprawił w ruch tarczę. Porcelanowa maska udawanej słabości pękła i rozsypała się, odsłaniając twardy, zimny metal. Jej oczy, które przed chwilą błyszczały wilgotnym błyskiem użalania się nad sobą, natychmiast wyschły i zamieniły się w dwa zimne, ciemne koraliki. Jej plecy, wcześniej ugięte pod ciężarem wyimaginowanej przeciwności losu, nagle się wyprostowały. Rozpoczynała się prawdziwa rozmowa.
— Za wkład? Oczywiście.
Słowo „oczywiście” wypowiedziane zostało cicho, ale tak lodowato z pogardą, że zdawało się zamrażać ciepłe kuchenne powietrze. Ludmiła Pawłowna powoli wstała z krzesła. Jej usta, które przed chwilą wykrzywiły się w grymasie urazy, zacisnęły się w cienką, gniewną linię. Jej spojrzenie zmieniło się z błagalnego na przenikliwe, jakby próbowała wypalić dziurę w swoim synu. Przedstawienie dobiegło końca i prawdziwy reżyser tego widowiska, nieskrywany maską słabości, wszedł na scenę.
„Więc masz pieniądze na jej drobne zachcianki, ale kiedy chodzi o pomoc własnej matce, liczy się każdy grosz? Wiedziałem. Widzę wszystko, Kiryusha, nie myśl, że jestem starym głupcem i niczego nie rozumiem. Widziałem jej nowe buty. Widziałem je ostatnio w sklepie. Pasują i lśnią. Kosztowały połowę mojej emerytury, jeśli nie więcej! A jej torebka? I ten manicure? Ciągle chodzi do salonu! Wysysa z ciebie ostatnie soki, a ty tak chętnie jej pomagasz, ty pantoflarzu!”
Ledwo oddychała, wyrzucając z siebie słowa krótkimi, jadowitymi salwami. Kirył spojrzał na nią i nie poczuł irytacji, lecz tępe, uporczywe zmęczenie, takie, jakie towarzyszy przewlekłym chorobom. Widział tę scenę dziesiątki razy, zmieniały się tylko detale: buty, płaszcz, wyjazd Aliny na konferencję służbową. Istota była zawsze ta sama: wszystko, czego nie dostała, uważano za skradzione.
Milczał, pozwalając jej mówić. Wiedział, że zaraz poda numer swojego podpisu. I nie kazała mu czekać. Ludmiła Pawłowna zrobiła krok w jego stronę, wskazując na niego kościstym palcem, jakby wydawała osąd.
„Twoja żona wydaje wszystkie twoje pieniądze na lewo i prawo, a ty nie możesz dać matce stu tysięcy, żebym miał wszystko, czego potrzebuję! Jesteś wspaniałym synem, bez wątpienia! Ale zapamiętaj moje słowa: ona cię zostawi! Ale ja zawsze będę z tobą!”
Zamilkła, ciężko oddychając, czekając na jego reakcję. Spodziewała się krzyków, wymówek, kłótni – czegokolwiek, co mogłoby podsycić jej słuszny gniew. Ale Kirył pozostał nieruchomy. Powoli przeniósł wzrok z jej wykrzywionej gniewem twarzy na swoje dłonie leżące na stole, a potem z powrotem na nią.
„Skończyłaś?” zapytał cicho, ale głośniej niż jej krzyk. „Słuchaj, mamo. Alina pracuje na dwa etaty. Na dwa. Żebyśmy mogli zrealizować nasze wspólne marzenie o własnym domu. Kupiła sobie „nowe buty” za premię, którą dostała za ambitny projekt. Ma do tego pełne prawo. W przeciwieństwie do ciebie, ona nie prosi mnie o pieniądze; ona je zarabia”.
Zatrzymał się, pozwalając słowom do niej dotrzeć. Twarz Ludmiły Pawłowny zaczęła się czerwienić. Otworzyła usta, żeby rzucić kolejną serię przekleństw, ale on ją uprzedził, uderzając z zimną, chirurgiczną precyzją.
„I przestań grać tę komedię o biedzie. Oboje wiemy, że masz na koncie kilkakrotnie więcej, niż ode mnie żądasz. Więc to wystarczy. Nie dam się już nabrać na tę manipulację. I nie dam ci żadnych pieniędzy”.
To był strzał w dziesiątkę. Ludmiła Pawłowna zamarła, a jej twarz na moment zbladła, niczym u złodzieja przyłapanego na gorącym uczynku. Ale dezorientacja natychmiast ustąpiła miejsca czystej, nieskażonej wściekłości. Zdała sobie sprawę, że jej główna broń – kłamstwa i litość – właśnie wymknęła się jej z rąk.