Bomba zabrała jej nogę na 26. mili Maratonu Bostońskiego. Trzy lata później wróciła i przebiegła 26,2 mili na protezie. „Ofiara jest definiowana przez to, co się jej przydarzyło. Ocalały – przez to, jak żyje. Wybieram życie”.

Prolog: Dzień, w którym eksplodował świat

15 kwietnia 2013 roku. Boston, Massachusetts. To drugi poniedziałek kwietnia – dzień Maratonu Bostońskiego, najstarszego maratonu na świecie. Miasto jest w świątecznym nastroju. Tysiące biegaczy z całego świata. Setki tysięcy widzów na trasie. Niebo jest czyste, temperatura idealna – około 12 stopni Celsjusza.

Adrianne Haslet-Davis przychodzi na metę około godziny 14:30. Jest tancerką towarzyską – tańczy rhumbę, salsę, tango. Jej przyjaciele biorą udział w maratonie. Chce ich dopingować. Stoi po prawej stronie Boylston Street, kilkadziesiąt metrów od linii mety, blisko restauracji Forum.

Jest 14:49:43.

Pierwsza bomba eksploduje. Kilkadziesiąt metrów od niej, przy 671 Boylston Street.

Adrianne słyszy huk – nie, nie huk, bardziej ryk, który rozrywa powietrze. Czuje falę uderzeniową. Potem – drugą eksplozję, kilkanaście sekund później, jeszcze bliżej.

Gdy się budzi, leży na chodniku. Jej lewa noga – od stopy po kolano – wygląda jak… nie wygląda. To tylko masa krwi, kości, poszarpanych tkanek.

Krzyczy. Nie słyszy własnego krzyku.

Ktoś nachyla się nad nią. Ktoś przytrzymuje jej nogę. Ktoś mówi: „Nie patrz, nie patrz”. Ktoś woła sanitariuszy.

W szpitalu chirurg mówi jej: „Pani Adrianne, musi pani wiedzieć – uratowaliśmy pani kolano, ale musieliśmy amputować poniżej. Nie było innego wyjścia”.

Adrianne nie płacze. Nie może. Jest w szoku.