Telefon zadzwonił w najgorszym możliwym momencie – Irina stała pod prysznicem, cała w pianie, i właśnie w tym momencie irytujący dźwięk jej telefonu – tego samego „Mamusi Słoneczka” – przyprawił ją o dreszcz. Serce jej zamarło.
Zaklęła, wyciągnęła rękę spod strumienia, zakręciła wodę i mokrymi palcami dotknęła sitka.
„No, cześć, Irina” – głos mojej matki był, jak zawsze, lodowaty, z tą szczególną nutą, która zdawała się być jednocześnie wyrzutem i zwycięstwem. „Ty, jak zawsze, odbierasz telefon, jakbyś robiła mi przysługę”.
„Cześć, mamo. Właśnie brałam prysznic” – Irina szybko owinęła głowę ręcznikiem, starając się brzmieć spokojnie. „Coś się stało?”
— Oczywiście, że tak. Twój brat ma jutro urodziny. Wpadnij. I kup mu coś porządnego. Widziałeś tę starą kurtkę? Zamek się kompletnie rozpruł.
Irina na chwilę zamarła. Znów Michaił. Odwieczny ulubieniec mamy, rodzinny „talent”, któremu nic się nie udawało, ale któremu zawsze wybaczano. Dali mu samochód, spłacili długi, a ona spędzała noce na pisaniu raportów, żeby chociaż uzbierać na kredyt hipoteczny.
„Mamo, nie jestem pewna, czy dam radę. Jestem zawalona pracą” – powiedziała cicho, patrząc na swoje odbicie w lustrze: wilgotna twarz, zmęczone oczy.
„Bałagan?” prychnęła matka, głośno przewracając oczami przez telefon. „Michaił ma trójkę dzieci, kredyt hipoteczny i świetnie sobie radzi. A ty? Dwupokojowe mieszkanie, całkiem sama, bez męża, bez dzieci. Wszystko za darmo, a ty jesteś tak zmęczona, jakbyś wychowywała trójkę”.
No i zaczyna się, pomyślała Irina. To wszystko ta sama stara historia. Jakby rekord jej matki został pobity.
– To moje życie, mamo. Bez wyrzutów, dobrze?
„Kto cię wini, Ira?” Jej matka zmieniła ton, ściszając go, niemal łagodnie, ale to tylko pogorszyło sytuację Iriny. „Jesteś już dorosła, musisz myśleć o przyszłości. A tak przy okazji, Michaił znowu ma problemy. On i Lera spotykają się co jakiś czas, a teraz czynsz poszedł w górę. Może mogłabyś… no wiesz… pozwolić im zamieszkać u siebie?”
„Co?” Irina sapnęła.
„I co z tego? Masz dwa pokoje i jesteś sama. Daj im trochę czasu. Michaił to mądry facet, nie będzie cię niepokoił. Lera i dzieciaki są cicho.”
„Mamo, oszalałaś? To moje mieszkanie! Płaciłam za nie dziesięć lat, pracowałam na trzech etatach, nie spałam w nocy – a teraz mam je oddać bratu?!”.
„Nie chcę zdradzać, Ira, nie przesadzaj. Po prostu chcę pomóc. Przez jakiś czas. W końcu zawsze was wspieraliśmy.”
„Wspierać?” Irina zaśmiała się nerwowo. „Kiedy poszłam na studia, wziąłeś moje oszczędności, żeby kupić Miszy komputer. Pamiętasz? Powiedziałeś wtedy: »On jest chłopcem, potrzebuje go bardziej«. Nazywasz to wsparciem?”
„Pamiętasz to jeszcze?” Matka westchnęła zirytowana. „Minęło sto lat”.
– Piętnaście. I pamiętam wszystko.
Cisza wisiała ciężko, niczym zakurzone powietrze latem przed burzą.
„Zawsze byłaś niewdzięczna, Iro” – powiedziała jej matka, znów zimnym głosem. „Zawsze pełna żalu. To nie wina Michaiła, że twoje życie się nie udało”.
— Nie ćwiczysz? Nic mi nie jest! Po prostu nie zauważyłaś, że masz dwójkę dzieci, a nie jedno!
„Och, zaczynasz dramat…” Matka westchnęła ze znużeniem. „Przyjdź jutro. I pomyśl o tym, co powiedziałam. Michałowi jest ciężko, w końcu to rodzina”.
„Pomyślę o tym” – odpowiedziała Irina, ale rozłączyła się, zanim zdążyły w niej popłynąć łzy.
Długo stała w kuchni, słuchając kapania wody z wanny. Wszystko to samo, w kółko, od lat.
Dla nich była to zawsze część zamienna, jak dodatkowy element w starej szafie: niby tam jest, ale można się bez niej obejść.
Może naprawdę powinnam go wpuścić? No, przez chwilę… – błysnęła mi myśl.
„Tak, niech ich wszystkich diabli wezmą…” – wyszeptała, ocierając łzy. „Nikomu nic nie jestem winna. Ani im, ani mojemu bratu, ani jego Lerze”.
Telefon znów zawibrował. Wiadomość: „Do zobaczenia jutro o szóstej. Nie zawiedź brata”.
„Oczywiście” – mruknęła, rzucając telefon na sofę.
To stare, lepkie uczucie pojawiło się w środku – gdy od dzieciństwa wmawiano ci, że musisz się poddać.
„Jesteś dziewczyną, poddaj się”, „Jesteś starsza, zrozum”, „On jest chłopcem, ma przed sobą całe życie”.
I co, pytam siebie, to już za mną?
Wyjęła z szafki butelkę wina i wzięła duży łyk prosto z szyjki.
Tak czy inaczej jutro będę musiał iść. I skończy się to, jak zawsze, skandalem.
Tym razem jednak nie będzie milczał.
Irina stała przy drzwiach z pudełkiem po ciastku w dłoniach. Żołądek ściskał jej się nieprzyjemnie.
Nienawidziła tych rodzinnych spotkań, ale przyjście bez prezentu oznaczało podpisanie się pod zwyczajowym stwierdzeniem: „Ira znów jest wyjątkowa”.
Trzymaj się, dziewczyno. Oddychaj. Udawaj, że jesteś oświecona i nic cię to nie obchodzi.
Zadzwoniła dzwonkiem. Drzwi otworzyły się natychmiast – Lera, żona Michaiła, stała tam, jak zawsze, wyglądając jak męczennica, której życie winno przeprosiny.
„Och, Irina. Cześć” – powiedziała z tą szczególną, chłodną uprzejmością, która jest gorsza niż chamstwo. „Proszę wejść. Zdejmij ubranie”.
„Wszystkiego najlepszego, Michał” – uśmiechnęła się Irina, podając pudełko.
„Dziękuję” – Lera nawet nie próbowała odwzajemnić uśmiechu. „Chodź do kuchni. Mama już wszystkich szykuje”.
Irina szła korytarzem, czując, jak w jej wnętrzu znów zaczyna gotować się znajoma mieszanka: irytacja, ból i zmęczenie.
Wiedziała, że impreza dopiero się zaczyna. I tym razem, bez względu na to, jak potoczą się wydarzenia, w końcu powie wszystko, co myśli.
Kuchnia była ciasna, jakby zebrała się tam cała ludzkość. Ludzie stali ramię w ramię, dzieci biegały pod nogami, piszcząc i śmiejąc się, ktoś upuścił łyżkę. Mama biegała między kuchenką a stołem, dolewając komuś sałatki, komuś innemu szampana, podczas gdy ojciec otwierał już drugą butelkę i z wyjątkową przyjemnością odkorkowywał trzecią. Michał siedział na czele stołu, lekko odchylając się do tyłu i stukając kluczykami do cudzego Renault Logana, jakby to był medal.
Irina stanęła w drzwiach i spojrzała – wszystko wydawało się takie samo jak dwadzieścia lat temu. Tylko twarze się zestarzały i poszarzały, ale nawyki pozostały te same.
„Ira!” Matka zacisnęła dłonie z udawaną radością. „Wreszcie! A ja znowu myślałam, że jestem na wszystkich zła”.
„Cześć, mamo” – odpowiedziała Irina z wymuszonym uśmiechem. „Jesteś tak samo zatłoczona jak zawsze”.
„Usiądź obok brata” – rozkazała matka, wskazując gestem puste krzesło. „Przynajmniej możesz usiąść naprzeciwko mężczyzny, inaczej zawsze będziesz sam”.
„Bardzo dowcipne” – odpowiedziała sucho Irina i usiadła. Michaił zaśmiał się otwarcie, chowając dłoń w dłoni.