„Twoja rodzina?” Ola powoli odwróciła się od pieca, gdzie kończyła gotować barszcz. „Ta, która trzy lata temu nazwała mnie dziwką za to, że się rozwiodłam?”
– Nie przesadzaj! Mama po prostu źle się wyraziła!
— Nie udało się? Twój brat nawet wtedy dodał, że ludzie tacy jak ja mają dzieci, żeby płacić alimenty. Powiedział to przy mojej córce!
Ola pamiętała ten dzień w najdrobniejszych szczegółach. Swoje pierwsze spotkanie z rodziną Andrieja. Praską restaurację, biały obrus, kryształowe kieliszki. Teściowa, Galina Pietrowna, oglądała ją niczym rasową klacz na festynie – nie musiała nawet sprawdzać jej zębów.
„Dlaczego mąż cię zostawił?” zapytała między sałatką a daniem głównym.
— Rozstaliśmy się za obopólną zgodą.
„No, no, no. Wzajemnie” – zaśmiał się brat Andrieja, Witka. „Mój sąsiad też rozwiódł się za obopólną zgodą. Jego żona i szef rozwiedli się za obopólną zgodą”.
Mała Katia podniosła wtedy wzrok znad talerza:
„Mamo, co to znaczy „dziwka”? Ciocia tak o tobie mówiła, kiedy ty i wujek Andriej poszliście do łazienki”.
Zapadła cisza. Tylko kelner zatrzymał się z tacą przy sąsiednim stoliku.
„Katiusza, to brzydkie słowo. Używają go ludzie niegrzeczni” – Ola pogłaskała córkę po głowie, patrząc teściowej prosto w oczy.
Po kolacji Andriej przeprosił ją bardzo serdecznie. Obiecał, że porozmawia z jej rodziną. Że ją zaakceptują. Potrzeba było tylko czasu.
Minęły trzy lata.
„Ola, przestań się zachowywać jak dziecko!” Andriej złapał kluczyki. „Ci goście jechali pociągiem trzy godziny! Chcieli nam zrobić niespodziankę!”
— Niespodzianka? Wiesz, co twoja matka powiedziała ostatnio? Że cię oczarowałam! Że normalny mężczyzna nie ożeniłby się z rozwódką z dzieckiem!
– Ona już tego nie powie!
– Bo teraz nie jestem rozwódką, tylko żonatym głupcem, który ich wpuścił!
Dzwonek do drzwi dzwonił uporczywie. I znowu. I znowu.
„Andriuszu! Synu! Przynieśliśmy prezenty!” – głos teściowej przesączył się przez drzwi jak masło przez gazę.
Ola wytarła ręce w fartuch. Barszcz bulgotał w garnku – gotowała go rano, Katia o niego prosiła. Córka była w swoim pokoju i odrabiała lekcje. Sobota była ich dniem – naleśniki na śniadanie, spacer w parku, film wieczorem.
„Wiesz co?” Ola zdjęła fartuch. „Otwórz. Ale ostrzegam cię – jedno ukradkowe spojrzenie na Katię, jedno krzywe słowo – i wyrzucę je. I nie obchodzi mnie, czy sąsiedzi usłyszą”.
Andrzej pobiegł do drzwi.
Galina Pietrowna wpadła pierwsza, ubrana w nowe futro z norek i z niesamowitą fryzurą. Za nią szli Witka i jego żona Ałła, która zawsze wyglądała, jakby śmierdziała zgniłą rybą.
„Oj, Oleńko!” teściowa rozłożyła ramiona, żeby ją przytulić.
Ola cofnęła się o krok.
— Cześć, Galina Pietrowna.
– Cóż za formalność! Teraz jesteśmy rodziną!
„Rodzina” – pomyślała Ola, patrząc, jak jej krewni zdejmują buty prosto na czysty dywan. Skarpetki Witki, jak zawsze, miały dziury.
„Gdzie nasza piękna Katiusza?” śpiewała Witka, wręczając worek z prezentami.
— Odrabia pracę domową.
„W sobotę?” prychnęła Alla. „Moja rodzina może odpocząć w weekendy. Nie ma potrzeby przeciążać dzieciaków”.
„Twoi uczniowie z piątej klasy, którzy nie potrafią czytać sylabami” – niemal wyrzuciła z siebie Ola.
Katya pojawiła się w drzwiach, w swojej ulubionej piżamie z jednorożcem, rozczochrana.
– Mamo, mogę dostać trochę soku?
„Katiusza! Idź do babci!” Galina Pietrowna pobiegła do dziewczyny.
Katia przytuliła się do Oli.
– To nie jest moja babcia. Mam babcię o imieniu Lucy.
Zapadła cisza.
Przy stole Galina Pietrowna rozłożyła się w całej okazałości:
„Barszcz jest całkiem dobry. Ale nauczę Andriuszę, jak go porządnie ugotować. Koniecznie z fasolą!”
„Nie lubię fasoli w barszczu” – spokojnie odpowiedziała Ola.
„To dlatego, że nie wiesz, jak to ugotować! Kiedy byłem młodszy…”
Ola odpłynęła. Patrzyła, jak teściowa macha łyżeczką, Witka siorbie barszcz, a Ałła dziobie talerz jak męczennica.
„Twoje mieszkanie nie jest złe” – Vitka rozejrzała się. „Chociaż przydałby mu się remont”.
„Podoba nam się” – warknęła Ola.
— No, daj spokój! Patrz, tapeta miejscami się odkleja. Mogę załatwić to tanio, żeby przyjechali jacyś fachowcy.
– Dziękuję, ale nie ma potrzeby.