„Twoja operacja została odwołana, potrzebujemy pieniędzy na samochód naszego syna!” – teściowa podarła skierowanie do szpitala.

Ból znów się nasilił i mimowolnie złapałam się za brzuch. Znajome uczucie z ostatnich kilku miesięcy. Lekarze zdiagnozowali już mięśniaka macicy, wymagającego operacji. Oczekiwanie na bezpłatny limit hospitalizacji było długie, a ból stawał się coraz bardziej nie do zniesienia. Z mężem postanowiliśmy zaciągnąć pożyczkę i opłacić leczenie w prywatnej klinice.

Niespodziewanie zadzwonił dzwonek do drzwi. Nadieżda Michajłowna, moja teściowa, stała w progu. Jak zwykle, bez zapowiedzi.

„Cześć, Lenoczko!” Pocałowała mnie w policzek i zdecydowanym krokiem wyszła na korytarz, nie czekając na zaproszenie. „Czy Wiktor jest w domu?”

„Nie, jest w pracy” – odpowiedziałem, zamykając drzwi. „Nie powiedziałeś mu, że przyjdziesz”.

„Czyli muszę się teraz umówić na wizytę u syna?” Nadieżda Michajłowna zachichotała i weszła do kuchni, gdzie natychmiast zaczęła otwierać szafki. „Masz kawę? Czy wydajesz wszystko na tabletki?”

Po cichu wyjąłem puszkę kawy i postawiłem czajnik. Przez lata nauczyłem się ignorować docinki teściowej, choć czasami było to trudne.

„Jak się czuje Igor?” zapytałem o jej najmłodszego syna, mojego dwudziestopięcioletniego szwagra, który wciąż mieszkał z matką.

„Doskonale!” – oczy Nadieżdy Michajłowny rozbłysły. „To taki grzeczny chłopak, w końcu dostał prawo jazdy. Teraz marzy o samochodzie. Wybrał już model i kolor. Musi tylko znaleźć pieniądze”.

Roześmiała się, ale w jej śmiechu słychać było nutę nerwowości. Zesztywniałem, czując, że coś jest nie tak.

„A jak się masz, Lenoczko? Nadal chora?” Spojrzała na mnie badawczo. „Strasznie schudłaś. Czy mój syn cię nie karmi, czy co?”

„Dobrze” – odpowiedziałem z rezerwą. „Jutro idę na konsultację przedoperacyjną. Operacja jest za tydzień”.

„Naprawdę?” Dziwnie wydęła usta. „A ile ci policzyli w tej prywatnej klinice?”

„Trzysta tysięcy” – nalałem kawy do kubków. „Wzięliśmy pożyczkę”.

„Trzysta tysięcy!” Nadieżda Michajłowna pokręciła głową. „To szaleństwo! I na co ludzie wydają pieniądze”.

Nie zareagowałam na ten atak. Przyzwyczaiłam się do tego po siedmiu latach małżeństwa. Zamiast tego, popijałam kawę i ostrożnie położyłam na stole teczkę z dokumentacją medyczną. Znalazło się w niej skierowanie na operację, którą planowałam zanieść do kliniki następnego dnia.

Moja teściowa siedziała w niezwykłym milczeniu, obracając kubek w dłoniach. Nagle spojrzała na mnie:

— Co mówią lekarze? Nie ma innego wyjścia niż operacja?

„To niemożliwe” – westchnęłam. „Mięśniak rośnie i zaczęłam mocno krwawić. Jeśli teraz nie poddam się operacji, mogą wystąpić powikłania”.

„Ale to nie jest żaden rak!” Nadieżda Michajłowna energicznie machnęła ręką. „Możemy poczekać? Moja sąsiadka, Antonina Pietrowna, też ma mięśniaka i czuje się świetnie”.

Poczułem narastającą falę irytacji, ale starałem się mówić spokojnie:

„U każdego mięśniak rozwija się inaczej. W moim przypadku lekarze nalegają na pilną operację”.

„Doktorzy, lekarze!” prychnęła teściowa. „Będą cię okłamywać, chcą cię tylko oskubać. A ty z radością próbujesz, żeby ci przynieść ostatnie grosze”.

Wziąłem głęboki oddech, licząc do dziesięciu. Kłótnia z Nadieżdą Michajłowną była bezcelowa. Zawsze myślała, że ​​wie lepiej niż wszyscy – lekarze, nauczyciele i inżynierowie. Zwłaszcza jeśli chodziło o jej synów i ich żony.

„To decyzja moja i Victora” – powiedziałem stanowczo. „Omówiliśmy już wszystko”.

Nadieżda Michajłowna zacisnęła usta, ale milczała. Ja z kolei zamilkłem, mając nadzieję, że rozmowa się zmieni albo teściowa odejdzie. Ona jednak siedziała dalej, od czasu do czasu zerkając na teczkę z dokumentami.

W końcu odezwała się ponownie, tym razem już w innym, niemal pochlebczym tonie:

— Lenoczko, ile już spłaciłaś kredytu?

„Jeszcze nic” – spojrzałem na nią zaskoczony. „Wczoraj skończyliśmy papierkową robotę”.

„Och, więc pieniądze jeszcze nie zostały wydane?” – ożywiła się. „To znaczy, że można je… przekierować!”

„Co masz na myśli?” Zrobiłem się ostrożny.

„No właśnie, o co mi chodzi” – Nadieżda Michajłowna podeszła bliżej i konspiracyjnie zniżył głos. „Mój Igor desperacko potrzebuje samochodu. To taki dobry chłopak, tak ciężko pracował, że zrobił prawo jazdy! A potem znalazłaś trochę pieniędzy…”

Byłem oszołomiony taką bezczelnością. Czy ona naprawdę sugerowała, żebym wydał pieniądze pożyczone na operację na samochód dla jej najmłodszego syna?

„Nadieżdo Michajłowno” – zacząłem, starając się zachować spokój. „Te pieniądze zostały pożyczone specjalnie na moją operację. Będziemy je spłacać przez trzy lata”.

„No, daj spokój!” – machnęła ręką. „No i co, operacja! Możemy poczekać i zdobyć normę. Ale chłopak potrzebuje samochodu już teraz. Powiedział już wszystkim znajomym, że wkrótce będzie jeździł na kółkach”.

Spojrzałem na nią i nie wierzyłem własnym uszom.