Ksenia zdjęła rękawiczki, włożyła kurtkę, wzięła torebkę i wyszła z mieszkania. Na zewnątrz było szaro i wilgotno, ale powietrze wydawało się zaskakująco świeże. Szła do sklepu, patrząc prosto przed siebie. Ludzie się spieszyli, przejeżdżały samochody, gdzieś śmiały się dzieci. Ten zwyczajny świat wydawał się scenografią do czyjegoś przedstawienia. Kupiła wszystko, czego potrzebowała, zapłaciła i wróciła.
Zbliżając się do swojego budynku, z daleka dostrzegła dwie postacie. Stały tuż przy wejściu, blokując przejście. Jedna z nich była zgarbiona, żałosna, z opuszczonymi ramionami – nieomylna sylwetka zbitego psa. Druga stała jak wryta w ziemię, z rękami splecionymi za plecami. Jej postawa wyrażała nieustępliwą, bojową determinację. Nawet z daleka Ksenia wyczuwała agresję emanującą z niej. Jej męża. I jego matki. Spokój dobiegł końca. Nadchodziła burza.
Ksenia szła równym, miarowym krokiem, ani przyspieszając, ani zwalniając. Torby z zakupami lekko ciążyły jej na ramionach, ale niosła je, jakby nic nie ważyły. Patrzyła, jak Tamara Igoriewna, zauważając jej zbliżanie się, prostuje się, prostuje ramiona i przyjmuje postawę bojową. Dmitrij, stojący obok niej, zdawał się kurczyć, garbił się i wpatrywał w swoje buty. Wyglądał jak niegrzeczny uczeń przyprowadzony do gabinetu dyrektora.
Zbliżyła się do samych schodów wejściowych. Do bezpiecznych drzwi zostało jej zaledwie kilka kroków, ale Tamara Igoriewna stanęła przed nią, poruszając się z szybkością nieoczekiwaną dla jej wieku i budowy. Stanęła tuż przed Ksenią, blokując jej przejście. Jej twarz była purpurowa, a oczy płonęły fanatycznym, sprawiedliwym ogniem.
„No więc sprawa wygląda tak” – zaczęła bez wstępu, donośnym głosem, tak by słyszeli ją nie tylko oni troje, ale i przechodnie. „Igrzyska skończone. Cofnij swoje słowa i pozwól Dimie wrócić do domu. On stąd nie wyjdzie”.
Ksenia milczała. Nie patrzyła na teściową, ale gdzieś przez nią, na nędzne drzwi wejściowe. Jej twarz pozostawała zupełnie nieruchoma, jakby wyrzeźbiona z zimnego marmuru. Ta nieprzeniknioność, ten lodowaty spokój, rozwścieczyły Tamarę Igoriewnę o wiele bardziej niż jakakolwiek reakcja.
„Głuchy jesteś? Mówię do ciebie!” Podniosła głos o pół tonu, niemal krzycząc.
– Och, co mówisz?
„Nie możesz po prostu wyrzucić mojego syna z domu! To twój mąż, a to oznacza, że może mieszkać w twoim mieszkaniu, jak długo zechce! Po rozwodzie przepiszesz na niego ponad połowę tego mieszkania, niezależnie od tego, że je kupiłaś!”
Zatrzymała się, by jej słowa, jej ultimatum, mogły zadziałać. Za nią Dmitrij niezgrabnie przestąpił z nogi na nogę, ale nie podniósł wzroku. Cały ten uliczny teatr został zaaranżowany przez jego matkę, a on został zdegradowany do roli milczącego rekwizytu, żywego dowodu jej praw.
„Poświęcił tej rodzinie najlepsze lata swojego życia! Pracował, starał się! A ty? Myślisz, że to, że mieszkanie jest zarejestrowane na twoje nazwisko, daje ci prawo do wyrzucania ludzi na ulicę? To się nie stanie. Nie pozwolę na to. Mój syn nie będzie bezdomny przez twoje kaprysy. Otwórz drzwi, on wejdzie, a ty będziesz żył jak zawsze, dopóki nie rozwiążesz wszystkich problemów majątkowych w cywilizowany sposób. Rozumiesz mnie?”
Zakończyła swoją płomienną przemowę i oparła ręce na biodrach, spodziewając się kapitulacji. Była pewna zwycięstwa. W jej świecie macierzyński autorytet i asertywność były siłą zdolną zmiażdżyć każdy opór.
Ksenia powoli odwróciła wzrok w jej stronę. I w tym spojrzeniu nie było nic – ani strachu, ani gniewu, ani urazy. Tylko śmiertelne zmęczenie i zimna, niekończąca się pogarda. Zrobiła krok naprzód.
“Słyszałaś mnie?!” krzyknęła Tamara Igorevna, ponownie próbując zablokować jej drogę i wyciągając rękę, by złapać ją za łokieć.
Ksenia nie uchyliła się. Po prostu chwyciła ją wolną ręką i odepchnęła. Bez złości, bez szarpnięcia. Zrobiła to z tą samą spokojną, obojętną siłą, z jaką ktoś odsunąłby niewygodne krzesło albo usunąłby z drogi powaloną gałąź. Jakby osoba przed nią nie była żywą osobą, a martwym przedmiotem.
Tamara Igoriewna była zaskoczona taką bezczelnością, tym cichym fizycznym upokorzeniem. Ksenia, całkowicie ją ignorując, spojrzała prosto na męża. Po raz pierwszy zwróciła się do niego bezpośrednio. Jej głos był cichy, ale na tle wilgotnego listopadowego wiatru brzmiał ogłuszająco.
— Czy przyprowadziłeś swoją matkę, żeby zapewnić ci miejsce w moim łóżku?
Nie czekając na odpowiedź, odwróciła się, wyjęła klucz z kieszeni, włożyła go do zamka i, otwierając ciężkie metalowe drzwi, zniknęła w półmroku przedpokoju. Szczęk samozamykacza zabrzmiał jak wystrzał z pistoletu, pozostawiając matkę i syna stojących na szarych, betonowych schodach w całkowitej, upokarzającej ciszy.